15 lat z jednym facetem – jak przetrwać w szczęściu i zdrowiu?

15 lat z jednym facetem

Wróciłam właśnie w urlopu do deszczowej Szkocji. Mam mnóstwo pourlopowych refleksji, również okołoemigracyjnych,  którymi chętnie się z Wami podzielę, ale… dziś nie o tym. Jutro, 30 czerwca przypada bowiem 15 rocznica znajomości z mężczyzną mojego życia. 15 lat??? – zapytacie – jak to możliwe? Mam przecież dopiero 30 lat… Okazuje się, że czas płynie dużo szybciej niż się nam wydaje i chwile kumulują się w dekady w mgnieniu oka. Z ogromną przyjemnością, robiąc sobie jednocześnie prezent na rocznicę, przyjrzę się więc temu okresowi, żeby opowiedzieć Wam, jak udało się nam przeżyć go szczęśliwie i wciąż mieć ochotę na więcej.

Czy miłość jest najważniejsza?

Moim zdaniem jest. Nazwijcie mnie naiwną idealistką, ale nie wyobrażam sobie żyć w związku, w którym miłości nie ma. Nie ważne, czy nigdy jej nie było czy wygasła… Życie obok kogoś a nie z nim, jest zupełnie nie dla mnie.

Ja byłam i jestem zakochana w moim M. na zabój. W początkowym okresie nie spałam i nie jadłam. Chciałam być blisko niego każdego dnia, spędzać razem każdą wolną chwilę.

Mam to szczęście, że mój ukochany od początku przyciągał mnie na wszystkich możliwych poziomach. Kocham jego piękne ciało, niezwykły, silny charakter i dobrą duszę. Mamy podobne zdolności intelektualne i identyczne poczucie humoru. Łączy nas także większość poglądów na świat, to, co dobre, a co złe, politycznie poprawne i potrzebne.

Jesteśmy do siebie bardzo podobni. Nie twierdzę, że to uniwersalne recepta na sukces w związku, ale w naszym przypadku sprawdziała się znakomicie. Po prostu wiem, że M. myśli i czuje niemalże identycznie jak ja.

Wspólne pasje i znajomi

Ponieważ znamy się tak długo, mamy mnóstwo wspólnych znajomych. Obracamy się w ramach tej samej paczki przyjaciół nawet dłużej niż jesteśmy parą. Myślę, że można przyjąć, że zbliżamy się do 20 lat 🙂 Swoją drogą, to cudownie znać swoich przyjaciół na wylot i rozumieć bez słów. Ostatnio moją najlepsza przyjaciółka, z którą nie widzieliśmy się fizycznie prawie pół roku, stwierdziła, że to jak tydzień i co najważniejsze…nic się między nami nie zmienia. Takie znajomości bardzo pozytywnie wpłynęły na nas jako parę. To zabawne, że istnieją ludzie, którzy pamiętają nas jako singli i wszystkie etapy naszego zauroczenia i zakochania. Jest co wspominać.

U źródła naszej znajomości połączyła nas wspólna pasja: do poezji śpiewanej i piosenki turystycznej.  Wspólnie jeździliśmy na rajdy, spływy i festiwale piosenki. Był nawet taki czas, że wspólnie występowaliśmy na scenie. To wszystko składa się na niezliczone przegadane godziny, imprezy do rana, śniadania na kacu, wędrówki po górach i dolinach. Milion pięknych i zabawnych wspomnień.

To, co robimy osobno

Z czasem nauczyliśmy się spędzać czas… osobno. Po kilku miesiącach okazało się, że nie trzeba robić wszystkiego wspólnie, żeby być razem szczęśliwym. Nie osaczaliśmy się, tylko każde z nas realizowało swoje pasje.

M. nie uległ moim dziecinnym naciskom, żeby zrezygnować ze śpiewania w chórze i jeszcze na studiach jeździł do rodzinnego miasta na próby i występy. Wkurzał mnie tym, ale też imponował. Nie ugiął się, jego wrodzona asertywność wygrała.

Ja musiałam nauczyć się, że siłą nie zmuszę go do niczego. Że nie warto się awanturować, krzyczeć i obrażać, bo to najzwyczajniej nie działa. Trudna lekcja, ale lepiej, że odrobiłam ją na początkowym etapie, bo później – gdy nadeszły poważne, dorosłe problemy – wiedziałam już, jak się z nimi ogarnąć. Po wspólnie spędzonych latach spokój M. mi się udzielił.

15 lat z jednym facetem

Codzienność

Ludzie (zwłaszcza rodzina M.) mówili nam, że byliśmy za młodzi, żeby ten związek przetrwał. Że zanim się ustatkujemy spotkamy jeszcze wielu partnerów i zapomnimy o sobie. Nie spotkaliśmy i nie zapomnieliśmy. Zbudowaliśmy nas z tego, co mieliśmy pod ręką i jak nam było wygodnie. Wbrew utartym schematom i stereotypom.

Nauczyliśmy się żyć ze sobą nie tylko wtedy, gdy jest pięknie i spokojnie, ale także w czasach kryzysów i zwątpienia. Bywa ciężko i czasem chciałabym rzucić to wszystko w cholerę i zacząć od nowa, ale… tego nie robię. Jestem tu dla M., a M. jest dla mnie. Wiem, że jest najlepszym mężczyzną, z jakim mogłabym być.

Zdarzają się nam wpadki, drobne oszustwa i niedomówienia. Nie jesteśmy kryształowi, ale też nie wymagamy tego od siebie. Myślę, że przez te wszystkie lata nauczyliśmy się żyć ze sobą, a nie wyidealizowanymi wersjami nas samych. To niweluje presję i daje poczucie spokoju. I szczęścia.

Kompromisy

Kiedyś bardzo chciałam uchodzić za bezkompromisową. Mam silny charakter i czasem trudno mi się podporządkować. Nigdy nie byłam dobra w kompromisy – jak mówi się w internetach. Ale ćwiczę się w tej umiejętności niemalże każdego dnia. Jasne, że można by się wściec o bałagan i drobne zaniedbania, ale wtedy okaże się, że zamiast doceniać to wielkie szczęście, jakie mamy, skupiamy się na pierdołach.

Żeby przeżyć szczęśliwie te 15 lat musiałam odpuścić „ja” pewnie z milion razy. M. był zmuszony do tego samego. Nauczyliśmy się spotykać gdzieś po środku, co nie zawsze jest satysfakcjonujące. Czasem rodzi frustrację…  Zabiera poczucie niezależności…Trudno. To cena, którą świadomie płacimy za komfort bycia razem „na dobre i złe”.

Wspólny plan

To co nas łączy to nie tylko uczucie i historia, to również, a może przede wszystkim wspólne plany na przyszłość. Często wam piszę, jak bardzo istotne jest wiedzieć, do czego się dąży i jak chce się to osiągnąć. Trzeba mieć cel i trzeba mieć plan. Nasze są bardziej niż zbieżne, są tożsame. Widzimy przyszłość i to, gdzie w niej jesteśmy dokładnie tak samo, co… też jest wynikiem wielu kompromisów. Przyzwyczaiłam się, że tak jest. Nieustannie dyskutujemy, weryfikujemy, badamy nowe opcje, riserczujemy. Plan ewoluuje i jest dostosowywany do naszego zmieniającego się życia. Ale wiemy jedno: chcemy być razem teraz, i w przyszłości.

Plan B

Chcemy być razem teraz i w przyszłości i upewniamy się co do tego regularnie. Ale… życie jest przecież nieprzewidywalne. Dlatego mam swój plan B., na wypadek, gdybyśmy już nie chcieli być ze sobą. No może raczej szkic tego planu. Nie skupiam się na szczegółach, bo nie chcę marnować czasu na organizację odwrotu, gdy nie jest to zupełnie potrzebne. Niemniej uważam, że każdy kto żyje w związku powinien odpowiedzieć sobie na pytanie: „a co jeśli to nie przetrwa? Co zrobię, gdy przyjdzie mi odejść, albo zostanę porzucona? Jak sobie poradzę?”

Odpowiedź na takie pytania nigdy nie jest łatwa i  zwyczaje odsuwamy od siebie myśl, że coś się może nie udać. Ale… opracowanie choćby ram dla negatywnego scenariusza daje poczucie kontroli i spokój. Pomyślcie o tym.

Jeszcze tyle przed nami

Jestem autentycznie podekscytowana tym, co nam przyniesie kolejne 15 lat. Ile jeszcze rozmów, żartów, projektów, wakacji, imprez i znajomości przed nami. Mam nadzieję, że obejdziemy 30-stą rocznicę wspólnie, w dobrym zdrowiu i ze zrealizowanym planem. Tego życzę sobie i M.  A wam życzę miłości, bo ona czyni życie pięknym!

 

Zapewne zainteresuje Cię również

1 comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *