Czasem trzeba (sobie) trochę odpuścić…

czasem trzeba sobie odpuścić

Nie było mnie ostatnio ani w social mediach, ani tu na blogu. Byłam za to w 100% dla mojej rodziny. Potrzebowaliśmy tego. Zwłaszcza ja. Co się stało, że z etapu ogromnego zaangażowania, pracy non stop i wulkanu pomysłów i projektów do zrealizowania przełączyłam się na swoisty blogowy stand by?  Okazało się, nie po raz pierwszy zresztą, że nie zawsze da się funkcjonować na 100%, realizować wszystkie swoje plany i przeć do przodu bez przerwy. Dziś krótko opowiem wam o tym, dlaczego, czasem trzeba sobie odpuścić, mimo, że projekt nad którym się skupiamy, jest dla nas ważny.

Ok, przyznaję: miałam moment zwątpienia

Jestem codziennie na nogach po 18 godzin. Od rana z córką, ogarniam dom i ogród, bawimy się, robimy zakupy, sprzątamy, bałaganimy, znowu sprzątamy. Zapewne wiecie, jak to wygląda. Potem mam dosłownie 15 minut, żeby dotrzeć do pracy i …tu się dopiero zaczyna zabawa. Moja praca daje mi mnóstwo satysfakcji, ale też wymaga ogromnego skupienia i jest po prostu męcząca, fizycznie i psychicznie. Dodam, że pracuję na cały etat.

Do tego blogowanie, które zajmuje miliony godzin, poświęconych na szukanie tematów, pisanie, korektę,  przygotowanie zdjęć, optymalizację pod wyszukiwarkę, ogarnianie social mediów, szukanie nowych metod promocji, podglądnie, jak to robią lepsi ode mnie i z kim warto zawrzeć współpracę, a do tego praca nad stroną techniczną, żeby to jakoś wyglądało.

Na to wszystko dieta i aktywność fizyczna, żeby utrzymać chudnięcie i ładnie się prezentować na nadchodzących weselach i… nie zostaje już czasu i energii na nic innego. A czasem też po prostu chcę coś przeczytać, czasem chcę pogadać z przyjaciółką, a czasem napić się z M. wina, albo poleżeć na kanapie. Dosłownie padałam na twarz, usypiając  H. o 19 czy 20 i spałam snem sprawiedliwych (albo tych bardzo zmęczonych) do rana, czyli w naszym wypadku jakiegoś punktu na osi czasu między 4 a 6 rano.

Długo tak się nie da. Nawet to nie to, że nadszedł jakiś poważny kryzys, po prostu mój organizm dał mi znać, że przeginam z ilością zobowiązań i jestem na najlepszej drodze do wypalenia, przemęczenia i frustracji. Oczywiście, jak to zwykle w takich przypadkach, przeziębiłam się i nadeszła koszmarna migrena.

Brak czasu i miejsca na oddech, czyli jak nie zaplanowałam odpoczynku

A tak to sobie ładnie wszystko zaplanowałam. Prawie co do minuty. Było w moim grafiku miejsce na wszystko: pracę, czas z córką, blogowanie, ćwiczenia, dom. Wszystko się zgadzało i przez kilka miesięcy żyłam  (prawie) idealnym, bardzo produktywnym życiem. Nie było  w nim tylko czasu na odpoczynek. Na ładowanie baterii (poza snem), na nic nie robienie, czynności nie wymagające skupienia, a  przynoszące przyjemność. Jednym słowem robiłam wszystko, co trzeba, ale nic, co by mi dawało oddech. Nawet czytając książkę zaczynałam się zastanawiać, jak ugryźć jej recenzję na bloga. Czasem to mnie motywowało, by szybko skończyć lekturę i zabrać się do pisania, ale czasem… odbierało mi przyjemność płynącą z czytania. To też był sygnał, że coś jest nie tak.

Niby człowiek uczy się na błędach, a ja jestem w tym niezła, ale… w lutym tego roku, już raz popełniłam błąd polegający na  wzięciu na siebie zbyt wielu zobowaiązań przepracowaniu i utraciłam mój life-work balance. Postabnowiłam wtedy, że nie pozwolę sobie już więcej na takie numery. A tu znowu… Zaczęłam więc sobie zadawać pytanie, dlaczego?

Zdjęcie z mojego instagrama: W ogrodzie naszej biblioteki się właśnie relaksujemy. A wy jak spędzicie ten dzień?

Pasja i plan

Wygląda na to, że wszystkiemu winny jest fakt, że uwielbiam to robić: kocham pisać, lubię posiadać platformę komunikacji z moimi Najlepszymi Na Świecie Czytelnikami, doceniam profity, jakie mi to daje. Dlatego trudno mi zrezygnować z czasu poświęconego na blogowaniu. A że nie lubię robić czegoś „na odwal”, gdy w grudniu zeszłego roku wróciłam do blogowania, postawiłam sobie bardzo ambitne cele dotyczące regularności publikacji, ich jakości i energii poświęconej na promocje.

Zawiódł mnie jednak  – również nie po raz pierwsze – realizm. Nie jestem w stanie pisać tak często, jak założyłam, ani prowadzić działań promocyjnych, jak dziewczyny i chłopaki, którzy już się sprofesjonalizowali i dzięki zarabianiu na blogu, nie mają już etatowej pracy.

Myślałam, że jestem superbohaterką i dam radę, ale… nie dałam. Nie chcę by cierpiał blog, a statystyki po 10 dniach milczenia już poleciały na łeb, na szyję, ale jeszcze bardziej nie chcę bym cierpiała ja i moja rodzina.

Uchylę wam tu rąbek tajemnicy: jednym z moich długofalowych planów, była profesjonalizacja bloga, tak by stał się jednym z moich najważniejszych źródeł dochodu. Był to spory motywator do intensywnego działania, jakie podejmowałam z związku z blogiem. Chciałam być freelancerką, siedzieć przy moim białym biureczku i zarabiać na pisaniu. Przez ostatnie pół roku rozgryzłam, jak to wygląda i z czym to się wiąże. Zdałam sobie sprawę, że owszem bardzo mi to pasuje, ale… nie mogłabym robić tylko tego, a z ludźmi mieć kontakt tylko przez Internet. To przestało być już wymarzoną wizją…Wciąż chcę zarabiać na pisaniu, ale zupełnie inaczej to teraz widzę. Dlatego….

czasem trzeba sobie odpuścić
Zdjęcie z mojego instagrama: Czasem jest taki dzień, że tylko jedno mi w głowie. A wy, ile kaw dziennie pijecie? ☕
y

Zmieniam plan, ale go nie rzucam

Nie rzucam blogowania, bo je uwielbiam i to niezaprzeczalnie jest moja pasja. Wiecie, jak to jest z pasjami. Można zapomnieć o tym na tydzień, czy dwa, ale to zawsze do nas wraca.

Postanowiłam jednak blogować na własnych warunkach. Wbrew otaczającemu światu, powoli  i w zgodzie z rytmem mojego życia. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Zdaję sobie sprawę, że zostaną ze mną tylko najwierniejsi czytelnicy, ale cóż – na tych właśnie mi zależy.

Nie będzie więc kalendarza publikacji, nie będzie codziennego wrzucania czegoś na fanpage’a by utrzymać go przy życiu. Poza tym, na blogowaniu, pisanie się nie kończy… Przygotowuję poza tym dwie zupełnie niezależne od bloga publikacje i na nie też potrzebuję czasu i miejsca w głowie.

Jeśli to, co dotychczas stworzyłam spowodowało, że mnie polubiłaś i chcesz mnie dalej czytywać: zapisz się proszę do newslettera poniżej. Zapewniam Cię, że nie będę Ci wysyłać spamu, jedynie dam znać, gdy napiszę, coś wartościowego. Nie będziemy się musieli przejmować obcinaniem zasięgów przez Facebooka czy Instagrama. To będzie nasz kanał komunikacji – mój i twój. Z góry dziękuję Ci za zaufanie.

 

Co myślicie o moim podejściu? Odchodzicie? Zostajecie? Lubicie czytać to, co piszę? Dziękuję wam pięknie za cały dotychczas spędzony czas i mam nadzieję, do zobaczenia wkrótce!

Zapewne zainteresuje Cię również

4 komentarze

  1. Zostaję 😉 Nie czytam Cię dlatego, że jesteś superpopularna (wręcz z odwrotnych powodów) więc na pewno jedna wierna czytelniczka na pewno Cię nie opuści.
    Jak zaczęłam czytać Twojego bloga, byłam pod ogromnym wrażeniem Twojego ogarniania: córka, mąż, dom, praca, blog, książki i do tego jeszcze sport – byłam w szoku, jak można tak dobrze ogarniać swoje życie, kiedy ja codziennie wracam do domu wypalona i jedyne co chcę robić, to iść do lasu, albo leżeć na kanapie i oglądać netflixa.
    Teraz już rozumiem, że zapracowywałaś się! Dobrze, że zrobiłaś sobie przerwę, każdy jej potrzebuje 😉
    Pozdrawiam, życzę siły, dużo czasu i dużo zapału!

    1. Magda, wybacz Słońce! Przemęczenie totalne…ale za 2 dni wakacje, więc wrócę z nową energią (mam nadzieję). Zarysy notek są i mam nadzieję jeszcze przed urlopem coś wam fajnego wrzucić. Dziękuję Ci za wsparcie i pamięć 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *