Co ma wspólnego zdrowie z wytrwałością, czyli moja droga do bycia fit

Nie wiem, czy to konsekwencja faktu, że mam już dwoje dzieci i chcę widzieć, jak dorastają, a nawet się starzeją. A może tego, że zmagałam się już w życiu z otyłością, depresją i nałogami i za nic nie chcę wracać do tych stanów. A może po prostu zmądrzałam z wiekiem na tyle, by wreszcie uporządkować sprawy zdrowia, pozbyć się złych nawyków, zastąpić je dobrymi. Myślę, że w końcu chcę zrobić to dla siebie. Bo wiem, że zasługuję na dobre życie. A tylko zdrowie może mi je zapewnić.

Po co?

Dlatego, jeszcze w trakcie chaosu i horroru związanego ze sprzedażą mieszkania i kupnem domu, wkrótce po porodzie, zajęłam się sobą. Najpierw zaczęłam ćwiczyć. Z Ewą Chodakowską. Wiem, że są tacy, którzy ją kochają i tacy, którzy jej nie tolerują. Ja ją lubię. Jest skuteczna, zaraża mnie optymizmem i motywuje do walki o siebie. Każe stawiać ambitne cele. Uznałam ją nawet kiedyś, za jedną z najbardziej inspirujących osób w moim życiu.

I mogę z całą pewnością powiedzieć, że treningi mnie uratowały. Nawarstwiający się stres związany z przeprowadzką, konflikt z sąsiadami, zmęczenie, niepewność – to wszystko odcisnęło silny ślad na mojej psychice. Ale się nie dałam! Starałam się rozładowywać stres na bieżąco i treningi były do tego idealne.

Nie zaczęłam ćwiczyć dla usprawnienia czy wymodelowania ciała. Zrobiłam to dla mojej zmęczonej głowy. Ale motywacja do zmiany sylwetki i samopoczucia pojawiła się równie szybko.

Moja historia

Jestem w tym względzie podobna do bardzo wielu kobiet – od lat próbuję schudnąć. Moja historia problemów z wagą zaczęła się, gdy wyprowadziłam się z domu rodzinnego, czyli 14 lat temu. Rok 2005. Wcześniej to Mama dbała o to, co jem i byłam naprawdę szczupłą dziewczyną. „Na swoim” popełniłam wiele błędów żywieniowych: przestałam jeść warzywa, folgowała swojej miłości do kuchni włoskiej, przez co makarony, pizze i sery stały się podstawą mojej diety.

Ponieważ dotychczas byłam szczupła, wydawało mi się, że mi wolno, że nic mi się nie stanie, że nie przytyje. Potrafiłam zjeść 7 cheeseburgerów z McDonald’s dziennie i nic poza tym.

Potem zaczęły się problemy ze zdrowiem psychicznym, bezsenność, depresja, napady paniki. Baaaaardzo dużo różnych leków, w tym sterydowych, które wraz z fatalnymi nawykami żywieniowymi kontynuowanymi przez lata wywindowały moją wagę do przerażających 86 kilogramów. 86. Przy 160 cm wzrostu. To już nie była nadwaga, to była otyłość. Był też wstyd, poczucie porażki,  bardzo niska samoocena.

I wtedy, gdy zaczęłam wychodzić z depresji, gdy podjęłam decyzję o wyjeździe za granicę, postanowiłam również zrobić coś z moją tuszą. I zrobiłam to, co większość Polek w takiej sytuacji – „zrobiłam” Skalpel Ewy Chodakowskiej. To był początek 2013 roku. Schudłam wtedy z tych okropnych 86 kg do 68 kg i byłam niesamowicie szczęśliwa.

Następny rozdział to była aklimatyzacja do życia w Szkocji. Chodziłam do pracy, żeby zaoszczędzić na bilecie i chudłam dalej. Kupiłam za te pieniądze karnet na basen i codziennie pływałam.  Zaprzyjaźniłam się z kolegą z Indii, który był fit i razem biegaliśmy. Nawet się trochę w to bieganie wkręciłam, chociaż wcześniej myślałam, że tego nie znoszę. Zjechałam do 61 kg i to był mój najlepszy wynik od lat. Ale to nie trwało długo. Zaczęłam więcej pracować, kolega wyjechał do Stanów i skończyło się życie fit, a ja wróciłam do jedzenia byle czego, byle szybko i koniecznie z mikrofali.

Na szczęście nauczyłam się jeść i pysznie i zdrowo!

W 2016 roku, po tym, jak doszłam do siebie po pierwszej ciąży i porodzie, postanowiłam znów się za siebie wziąć. I znów zabrałam się za ćwiczenia, tym razem z Mel B. Jej programy były krótkie i dało się to jakoś zgrać z opieką nad małym i wymagającym dzieckiem. Jakoś. Żeby kontrolować efekty stworzyłam sobie w Excelu tabelkę „Be Fit”, którą prowadzę do dziś. Zapisuję wagę i wymiary a także ilość i rodzaj treningów wykonanych w danym roku. Bezcenne źródło wiedzy o samej sobie…Waga w tamtym czasie wahała się między 70 a 77 kg, czyli licho. W 2017 znowu się za siebie wzięłam i schudłam do 67 kg. W 2018 znów między 70 a 75kg, a potem zaszłam w kolejną ciążę i w kwietniu 2019 urodziłam synka.

Tylko dzięki wytrwałości można coś zmienić

Żeby tym razem naprawdę zmienić swoje życie i uczynić efekty trwałymi, zabrałam się do tego inaczej niż zwykle. Pamiętacie, jak kiedyś schudłam 5 kg w 4 tygodnie? Tym razem nie spieszyłam się, ponieważ chciałam stałych efektów. I przede wszystkim – zmiany nawyków. Głównie tych żywieniowych ale też przekonania się, że ruch będzie mi towarzyszył już do końca życia, nie tylko do czasu, aż schudnę. Brzmi jak wyrok? Na początku tak myślałam, bo jak to ma być, że już zawsze będę pływać we własnym pocie i tak straszliwie się męczyć?

Moja tabelka mówi mi, że moje zrywy, by zdrowo żyć, ćwiczyć i chudnąć, trwają zazwyczaj od 6 tygodni do 3 miesięcy. Potem się wypalam i przez kilka miesięcy nie dzieje się nic. Aż znów waże 75 kg i wyglądam fatalnie, noszę rozmiar 14 (42) i jestem ze sobą nieszczęśliwa. Nie mam też energii i szybko się męczę. W 2016 roku wykonałam tylko 14 treningów, średnio wychodzi jeden na…miesiąc. W 2017 było ich 23, czyli prawie 2 miesięcznie. A w 2018 tylko 17. Pisząc to kręcę głową i wznoszę oczy do nieba. Nieregularność i słomiany zapał to były zawsze moje pięty achillesowe, które powstrzymywały mnie przed realizacją celów i marzeń. Na szczęście można  to zmienić.

Początki  i tym razem były bardzo trudne. Byłam ciężka i zmęczona. Ale mówiłam sobie, że robię to dla zdrowia. Dla siebie. I że tym razem się nie poddam, jak wiele razy wcześniej.

Ważne, by każdego dnia treningowego pojawić się na macie. I dać z siebie tyle, ile mogę. To nie konkurs, nie muszę szybko zrobić sześciopaka. Nie muszę być gwiazdą instagramowych metamorfoz. Ważne, żebym codziennie wytrwale robiła coś dobrego dla siebie. Dla mojego zdrowia. Zasługuję na to.

Pomogła mi bardzo książka Jamesa Cleara „Atomic Habits”, której recenzję właśnie dla was przygotowuję. Najważniejsza myśl, jaką z niej wyniosłam, przypomina, że kluczem do sukcesu jest wytrwałość. Wspominała o tym także ostatnio moja ulubiona Tekstualna „W sukcesie chodzi o to, żeby się nie poddawać.” Wysiłku, jaki wkładamy w budowanie nowych nawyków, nie widać od razu. Efekty przychodzą dużo później niż byśmy chcieli. Ale jeżeli tylko pozwolimy efektom się kumulować odpowiednio długo, wynik będzie spektakularny.

Jak dobrze, że pokochałam warzywa! Da się!

Pięknie brzmi w teorii? Na szczęście tym razem przetestowałam w praktyce moc „procentu składanego” konsekwencji. Po pięciu miesiącach i 92 treningach w 2019 roku (plan jest na 100) nareszcie widzę należyte efekty. 8 kilogramów mniej na wadze, mnóstwo straconych centymetrów, mniejszy rozmiar, dużo więcej energii, duma, gdy słyszę „Ale schudłaś”.

Ale przede wszystkim jestem dumna, że się nie poddałam. To wielka satysfakcja móc powiedzieć: osiągnęła to, tylko i wyłącznie dzięki własnej wytrwałości. Świetnie się z tym czuję.

Przede mną jeszcze długa droga do idealnej sylwetki i formy, która pozwoli mi realizować dalsze plany. Ale wiem, że dobre nawyki żywieniowe, dbanie o nawadnianie, jakość produktów i ilość snu i oczywiście aktywność fizyczna zostaną ze mną na zawsze. Choćbym upadała i odchodziła, będę wracać. Bo wiem, że warto.

Przemyślcie to sobie, zanim podejmiecie noworoczne postanowienia. Osiągnięcie każdego ambitnego celu wymaga ogromu pracy, walki z przeciwnościami, wytrwałości, cierpliwości, zawziętości. Ale zdecydowanie warto podjąć rękawicę i zawalczyć o swoje cele. Zwłaszcza, jeśli są one związane ze zdrowiem waszym i waszej rodziny. Bo jak mawiał Nelson Mandela:

It always seems impossible until it’s done.

Zapewne zainteresuje Cię również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *