Jak przetrwać ciężki czas? 4 sprawdzone sposoby

Jak przetrwać ciężki czas

Spotkało mnie ostatnio kilka nieprzyjemności. Parę spraw nie ułożyło się, jak planowałam. Nawarstwiły się zaległości. Ktoś mnie obraził, ktoś skrytykował moje metody wychowawcze. Nie wyspałam się od siedemdziesięciu kilku dni i nie zapowiada się, żeby to się miało zmienić. Katuję się treningami i dietą, a waga ani drgnie. Przez to permanentne zmęczenie moje możliwości intelektualne znacząco zmalały, zdarza mi się popełnić głupią gafę, co mnie frustruje. Przez to wszystko wpadłam w kiepski nastrój.  Nie jest dobrze – pomyślałam. Rozpoczął się listopad – jedyny miesiąc w roku, którego szczerze nie znoszę. Ale, ale… Nie poddam się bez walki. Dziś o  moich sposobach na to, jak przetrwać ciężki czas.

Już kilka lat temu zauważyłam, że dobrze jest mieć taką tytułową Instrukcję Obsługi, gdy po mniejszej lub większej serii niepowodzeń chcemy wrócić do formy. Oto, co działa u mnie.

Płaczę

Jeśli nie jesteś ryksą jak ja, możesz oczywiście pominąć ten punkt 🙂 Ja stety-niestety potrzebuję raz na jakiś czas porządnie sobie pochlipać. Gdy dochodzę do ściany, mam już łzy w oczach. Pożaliłam się więc i tym razem, lejąc łzy w chusteczkę, jak mi źle, jak to świat mnie nie rozumie i nie docenia i że generalnie wszystko bez sensu i nie warto się starać. Może zabrzmi to dziwnie, ale taki płacz ma oczyszczające działanie i …lubię go. To znaczy po fakcie go lubię, bo w trakcie tak mi po werterowsku straszno 😉 Niemniej wypłakanie się u mnie działa i czuję się po nim troszkę lepiej. Jeszcze nie na tyle dobrze, by znów się uśmiechnąć i nabrać ochoty do działania, ale jest postęp.

Obgaduję temat

To chyba najważniejszy punkt. Potrzebny jest do tego ktoś naprawdę bliski, kto życzy nam najlepiej na świecie, czyli przyjaciółka, partner albo mama. Na pewno masz kogoś, kto zawsze potrafi postawić Cię do pionu. Wytłumaczyć, że nawet jeśli obiektywnie jest źle, to ta sytuacja się zmieni. Albo pokazać, że obiektywnie wcale nie jest tak nieciekawie, jak się  nam w naszym czarnowidztwie wydaje. Największą zaletą takiej ‚pogadanki’ jest uświadomienie sobie, że zawsze blisko jest ktoś, komu na nas zależy i kto – w razie czego – nie pozwoli nas skrzywdzić. Mi ta świadomość daje moc do odbudowania zachwianej chwilowo równowagi i wiary we własne siły. Zazwyczaj też kończy się na jakże miłych wyznaniach spod wezwania: „dziękuję, że jesteś”, „kocham cię”, „zawsze będę przy Tobie” i „jak dobrze, że cię mam”, co pozwala przypomnieć sobie i bliskim jacy są dla nas ważni.  Wartość dodana do całej sytuacji 🙂

Obficie się pocę 😉

Daję sobie zdrowy wycisk fizyczny. Celowo wybieram ukochaną formę aktywności – pływanie, żeby nie mieć poczucia, że się zmuszam i na dość, że mam doła, to jeszcze muszę się wysilać. Nie, nie: robię to, co lubię i bo lubię. Wszyscy wiemy, jak zbawiennie działają na nas endorfiny wytwarzane podczas wysiłku fizycznego, jak obniżają poziom stresu i stymulują do działania. Po takiej sesji czuję się uwolniona od balastu i wszystko na nowo układa mi się w głowie. Jeszcze nie zdarzyło się, żeby w połączeniu z dwoma powyższymi punktami to nie zadziałało. Ale na tym nie poprzestaję i na koniec…

Robię coś bardzo miłego dla siebie

Idę z przyjaciółką do kina, albo piję bajecznego drinka, jem ukochaną, mocno przekraczającą limity kaloryczności, idę na imprezę, do spa, „na pazury”. Staram się tylko, żeby tym wybawieniem, nie były kompulsywne zakupy, bo po lekturze kilku książek z nurtu minimalizmu i życia slow (między innymi Slow fashion” Joanny Glogazy <<<klik po recenzję>>, wiem, że nie tędy droga. Albo po prostu biorę przysłowiową długą kąpiel i oglądamy z M. jedną z ulubionych komedii, które zawsze mnie rozbawią. Albo z pięć odcinków „Pingwinów w Madagaskaru” Król Julian śpiew „Ja i mój JJ”… i życie od razu nabiera kolorów.

Po takiej „sesji” terapeutycznej, która czasem zajmuje mi cały wieczór, ale zdarza się, że trwa kilka dni, jestem zazwyczaj uleczona z mojego bólu istnienia. Testowałam różne rozwiązania i wiem, że taki zestaw w dokładnie tej kolejności sprawdza mi się najlepiej. Oczywiście nie zabieram się do niego z zegarkiem i listą „to do” do odhaczania. Ale w momencie, w którym przychodzą łzy, wiem już co będzie dalej i …że z tego wyjdę. 🙂

A jakie są Wasze sprawdzone sposoby na ciąg zdarzeń pt. „absolutnie-nic-mi-się-nie-udaje”? Radzicie sobie ad hoc czy jak ja macie żelazny zestaw poprawiający nastrój? Podzielcie się radami w komentarzu. Niezmiennie dziękuję za Wasz czas i mam nadzieję, że do zobaczenia wkrótce!

Zapewne zainteresuje Cię również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *