Moja recenzja: Jason Hunt THORN

Jason Hunt Thorn

Każdy z nas ma swoją historię. Nasz bohater jest przekonany, że jego historią jest Thorn. Jason Hunt jest przekonany, że jego historią jest Thorn. A ja? Ja wychodzę z założenia, że z oceną właśnie dokonanej lektury trzeba się przespać. Rano zazwyczaj patrzę inaczej na książkę, którą odłożyłam na półkę wieczorem. Czyż to nie Szymborska pisała, że czas najlepiej weryfikuje jej wiersze i niektóre napisane w nocy, już rano do niczego się nie nadają? Ponieważ nie chciałam wydawać pochopnego sądu o Thornie, przespałam się „z nim”. I co? I tak jak wczoraj wieczorem, wciąż mam mieszane uczucia. Dlaczego? Zapraszam na bardzo subiektywną recenzję najświeższej książki Jasona Hunta.

Muszę przyznać, że z niecierpliwością czekałam na lekturę Thorna. Od jej premiery minęło  już pięć miesięcy, więc emocje większości czytelników tej pierwszej fabularnej książki Jasona Hunta już zapewne opadły.  Chociaż zapewne autor nie chciałaby, żeby kiedykolwiek opadły. Promując książkę Tomek Tomczyk, (dla tych niewiedzących: Jason Hunt to literacki i blogowy pseudonim Tomczyka, znanego wcześniej w blogosferze jako Kominek) nazwał ją powieścią motywacyjną, przekonując nas, że w literackim świecie stanowi ona pewne novum. Polega ono na tym, że fabuła służy celowi wyższemu, niż tylko opowiedzenie historii. Ma ona popchnąć  czytelnika do rozważenia innego (Huntowego) spojrzenia na rzeczywistość a w rezultacie podjęcia decyzji, co dalej zrobić w swoim życiu: mieć plan i dążyć do jego realizacji pomimo przeszkód, krytyki i wysiłku jakiego to wymaga, czy pozostać na zawsze przeciętnym.

I muszę przyznać, że pomysł „budzenia” czytelnika z rutyny codziennego życia bez celu bardzo mi się podoba. Co więcej, zgadzam się całkowicie z autorem, że większość ludzi nie posiada żadnego planu i dryfuje w swoim życiu  w niewiadomym kierunku, by ocknąć się za późno i stwierdzić, że nic interesującego nie osiągnęło.

 A Hunt wierzy, że jest wielki. To znaczy jego bohater wierzy, ale jeśli ktoś zna choćby okruchy blogowej twórczości autora, potrafi bez trudu wyłapać zbieżność poglądów autora i głównej postaci. I to poczytuję jako jeden z minusów przedstawionej historii. Kilkakrotnie złapałam się bowiem na tym, że już to u Hunta, czy wcześniej Kominka czytałam, jak choćby historia o Babci i Van Goghu. Niebardzo lubię takie odgrzewane kotleta, nie służą one też historii. Niemniej nie jest to jakieś wielkie przewinienie, gdyż zapewne znaczna część czytelników książki nie zna blogowych tekstów autora.

Jason Hunt Thorn

Co raziło mnie najmocnie podczas lektury, to zagęszczenie czegoś, co nazywam coelhizmami, czyli pseudomądrości w stylu:

Sami też dajemy się spętać łańcuchami zobowiązań wobec ludzi, którzy i tak kiedyś od nas odejdą. Bo wszyscy odchodzą. Poza garstką tych najbliższych, z którymi łączą nas więzy krwi, wszyscy prędzej czy później odchodzą.

czy

Największą odwagą jest kierować się intuicją.

Nie znajduję w takich pozornie głębokich zdaniach mądrości. Bynajmniej, pachną one truizmem. Niestety nafaszerowana jest nimi dokładnie cała książka i w mojej ocenie, jest to zdecydowany przerost formy nad treścią. Powoduje też, że określenie, jakie pierwsze przyszło mi do głowy po przeczytaniu tego tomu historii to: „przegadana”. 

Razi mnie jeszcze jedna rzecz, której – trzeba przyznać – autor jest świadomy i uważa ją za przejaw swojej wielkości, a mianowicie odmienne zdanie na każdy temat. I o ile mam ogromny szacunek  do wolnomyślicieli i indywidualistów wszelkiej maści, to podczas lektury Thorna zapaliła mi się lampka: „to jest trochę na siłę”. Tak jakby zgodzenie się z jakąkolwiek powszechnie przyjętą opinią, zakrawało w oczach autora na blamaż. Prowadzi to do dość kuriozalnych opinii, jak ta:

Przyznaję, że mniej zrozumienia mam dla matki uciekającej od syna, ale gdyby mojej mamie taka myśl przyszła do głowy, to naprawdę nie miałbym pretensji. No ale ja już taki jestem, że nie trzymam ludzi przy sobie na siłe.

Serio? Podstawy psychologii rozwoju i pedagogiki przeczą temu: każde dziecko czułoby się źle z faktem, że itstota, która powołała je do życia i powinna bezwarunkowo kochać, porzuca je. Wmawianie sobie, że posiada się dystans do takich sytuacji, to zwykła naiwność i wskazuje jasno, że autor nigdy się w takiej sytuacji nie znalazł. Nie byłoby tego problemu, gdyby autor za punkt honoru nie wziął sobie mieć zawsze odmienne zdanie niż większość. Na tym kończy się krótka lista rzeczy, które mi się w Thornie nie podobały. Dalej już tylko pozytywnie 🙂

Muszę przyznać, że niektóre z Huntowskich przemyśleń są bardzo trafne i świadczą o przenikliwości, inteligencji i wielkiej kreatywności autora. Najbardziej spodobały mi się autorska definicja sukcesu, która olśniła mnie swoją prostotą:

Nieważne czy twoje szczęście będzie miało zapach pieniądza, talerza ze stekiem, wygląd raju czy będzie po prostu uśmiechem twojego dziecka. Istotą każdego sukcesu jest możliwość wyboru takiego życia, jakiego pragniesz.

 Trafne, prawda?

Jason Hunt Thorn

Na szczęście dla czytelnika, książka zawiera także sporo naprawdę mądrych, przemyślanych wątków. Wyraźnie widać, że autor ma światopogląd zbudowany na solidnych podstawach. Myśli nieschamatycznie i to właśnie ta odmienność sądów, wymykanie się przyjętym powszechnie normom i poglądom, stanowi moim zdaniem, największą wartość Thorna.  Jak ten fragment:

Boimy się ucieczek. Boimy się zmian. Nie boiy się za to konsekwencji, jakie ponosimy, nie czyniąc żadnych zmian.

I tu przechodzimy do senda i największej wartości, jaką wnosi dla czytelnika ta książka, a mianowicie jej wartości motywacyjnej. Thorn ma moc budzenia w czytelniku być może głęboko uśpionej potrzeby działania w kierunku spełniania swoich marzeń. Jason Hunt przekonuje, że każdy może być kimś wielkim, musi jedynie wyłamać się z obciążających go schematów. Wyrwać ze świata, w którym utknął. Zdobyć się na odwagę, by uwierzyć, że wyjątkowy los może być udziałem każdego, jeśli tylko nie da sobie wmówić, że jest przeciętny. Pomimo wielu perturbacji wierzyć w siebie. Zawsze i przede wszystkim. Doceniam ten aspekt i mentalnego kopniaka, jakiego dostałam. Bardzo podobał mi się również fragment o radzeniu sobie z porażką (a właściwie wieloma). Co zrobić, gdy ktoś bezwzględnie depcze Twoje marzenie? Gdzie szukać winnych? W sobie – odpowiada Jason Hunt. I za to również bardzo go cenię.

Pozostaje jeszcze coś, co w wielu wypadkach jest kwintesencją powieści: historia. U Hunta zdaje się być ona jedynie tłem dla warstwy motywacyjnej i światopoglądowej. Czy to źle? Chyba nie, choć wydaje się, że opowieść mogłaby zyskać, gdyby bardziej ją pogłębić, nadać jej trzeci wymiar, więcej  wątków fabularnych, szczegółów. Sama w sobie historia, choć dość prosta, jest fajna i składa się w logiczną całość. Pozostawia też pewien niedosyt i oczekiwanie na następne części.

Podsumowując, mogę Wam zalecić, żebyście sami przekonali się, czy ten typ literatury Wam odpowiada. Być może w waszych oczach mylę się w każdym punkcie. Jeśli już przeczytaliście Thorna, dajcie koniecznie znać, co o nim myślicie? Jestem ogromnie ciekawa. 
BTW, w bocznym menu po prawej stronie, widnieje zakładka z listą książek, które już przeczytałam w 2016 roku. Książek będzie w tym roku na blogu sporo, chociażby dlatego, że biorę udział w wydarzeniu Przeczytam 52 książki w 2016 roku. Jeżeli macie chrapkę na recenzję którejś z nich, dajcie koniecznie znać. Dzięki za lekturę  i do zobaczenia wkrótce !

Zapewne zainteresuje Cię również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *