„Jutro będzie koniec świata” ? Recenzja książki i rozmowa z autorką

Jutro będzie koniec świata

Znacie to nieznośnie przyjemne uczucie, gdy właśnie spełniło się (a raczje wy spełniliście) wasze marzenie? Dreszcz ekscytacji,  czystą radość, obezwładniający spokój? Moja dzisiejsza bohaterka – Justyna Posłuszna – doznała tego stanu niedawno wydając swoją pierwszą powieść „Jutro będzie koniec świata”. Wbrew temu, na co wskazuje przewrotny tytuł, nie jest to katastroficzna wizja końca świata, jaki znamy, lecz sympatyczna opowieść o realiach życia na emigracji w Wielkiej Brytanii. Często pytacie mnie, jak to jest wyemigrować. Zapraszam na recenzję i rozmowę z autorką, myślę, że sporo wam rozjaśni w tej materii.

Bohaterowie i fabuła

Jest kilkoro głównych bohaterów w tej opowieści. Pierwszoplanowa postać to polski imigrant Paweł, były nauczyciel, który w kraju zostawił za sobą nudę, kłopoty i … kobietę, która oczekuje jego dziecka. Poznajemy także Henry’ego – ekscentrycznego przedstawiciela angielskiej klasy średniej i przyglądamy się jego domowi – twierdzy. Obaj bohaterowie zmagają się z fobiami i ich życie nie wygląda tak, jak z pozoru się wydaje. Spotykają się, gdy obaj są na życiowym zakręcie i wybierają w interesującą podróż, podczas której każdy z nich dowiaduje się wiele o sobie i przewartościowuje swoje życie.

Podoba mi się metafora wyprawy na wyspę Wight jako punktu zwrotnego w życiu, kulminacji doświadczeń, która prowadzi do oczyszczających decyzji i rozwiązań. Myślałam początkowo, że to trochę naiwne ujęcie, ale szybko przypomniałam sobie kilka zwrotnych punktów w moim życiu i uznałam, że faktycznie to tak wygląd: zmieniasz swoje życie i podejmujesz trudne decyzje pod wpływem dziwnych i szalonych wydarzeń.

Londyn i emigracja

Paweł i Henry  to dwie interesujące postacie i wokół nich kręci się fabuła, ale dla mnie bardziej poruszający byli bohaterowie dwugoplanowi tej opowieści: miasto Londyn i przekrój polskiej emigracji w nim mieszkającej. Nigdy nie byłam Londonerem, ale miasto znam i lubię, ma w sobie ten magnetyczny wielkomiejski klimat. Zawsze byłam ciekawa, jak to jest mieszkać w nim na stałe i zmagać się z trudnami codzienności. Mam więc w „Jutro będzie koniec świata” całkiem ładną i klarowną wizję tego, jak życie wygląda: wielogodzinne dojazdy do pracy, paraliż spowodowany opadami śniegu, obecność różnych kultur i tą specyficzną wielkomiejską samotność młodych ludzi w niej mieszkających. Niby wszyscy otoczeni się innymi ludzmi, ale okzauje się, że tak bardzo są sami w tej rzeczywistości.

Jutro będzie koniec świata

Autorka przedstawiła też pewną specyfikę polskiej społeczności, żyjącej raczej w ramach zwartej, małej grupy rodaków, niż większej społeczności, która w przypadku Londynu oznacza wielki, wielokulturowy tygiel. Widzimy „typowego Marka”, który każdy wieczór kończy nad butelką wódki ze współlokatorami, bo zawsze jest jakiś powód do wypicia. Poznajemy „typowego Waldka” – typ ogarnięty i przedsiębiorczy, który przypomina mi przeciętnego polskiego szwagra, jeśli wiecie, co mam na myśli: naprawi, doradzi, pomoże i na wszystkim się zna 🙂 Jest totalnie bezbarwna Asia, która nie zajmuje się niczym poza pracą, gruchaniem do swojego chłopaka i oglądaniem telewizji.

Wszyscy akceptują status quo, którym jest mieszkanie „na pokoju” (ja to nazywam dosadniej mieszkaniem „na kupie”), ograniczone możliwości komunikacji i partycypowania w życiu społecznym wynikacjące z bariery językowej, pewną izolację i znoszenie tęsknoty za ojczyzną. Rekompensują im to lepsze pieniądze, niż kiedykolwek byliby w stanie zarobić w Polsce i zwyczajnie lżejsze, mniej stresujące życie. Jeden Paweł myśli i czuje więcej,  i nie poddaje się rutynie codziennego życia, w głębi duszy oczekując od życia czegoś więcej.  Polubiłam tę postać.

Historia ukazana w „Jutro będzie koniec świata” Justyny Posłusznej jest w zasadzie lekka, miejscami zabawna, nie ma tu miejsca na wielkie dramaty. Jest za to szeroko ukazana codzienność na emigracji. Delikatne porównanie tego, jak wygląda rzecyzwistość Anglików i jak do niej (nie) przystaje sytuacja imigrantów. Autorka pokazuje rónież złożoność polskiej społeczności: Paweł, Waldek i Marke są tak różni od siebie, że już bardziej chyba nie można, a każdy z nich odnalzał swoje miejsce na brytyjskiej emigracji. To moim zdaniem najmocniejszy punkt tej książki.

Dobrze też czyta się opisy bohaterów przemieszczających  się po mieście, można poczuć się, jakby się  było w Londynie razem z nimi. I choćby dlatego warto „Jutro będzie koniec świata” przeczytać. Interesujący jest też wątek podóży w głąb siebie, przełamywania swoich barier i pokonywania fobii.

Jutro będzie koniec świata

Rozmowa z autorką

Postanowiłam zapytać autorkę o kilka spraw, żeby rozjaśnić sobie w głowie, co do jej intencji i zamiarów. Oto przebieg naszej rozmowy:

Maria Grzybek:  Czym jest dla Ciebie, autorki, książka „Jutro będzie koniec świata”? Co skłoniło Cię do jej napisania?

Justyna Posłuszna: Zawsze chciałam napisać powieść, więc ta książka jest dla mnie przede wszystkim dowodem na to, że marzenia się spełniają. Inspiracją były dla mnie cztery lata spędzone w Londynie. Historia, która zaczęła powstawać w mojej głowie rozpoczęła się jako próba zebrania w całość tego, co zobaczyłam, czego się nauczyłam i co poznałam.

MG: Zarówno Henry, jak i Paweł – główni bohaterowie Twojej powieści, to postacie niesztampowe i odstające od przeciętnego wzorca. Skąd pomysł na bohaterów?

JP: Paweł jest jednym z tymczasowych elementów bogatej i wielokulturowej mieszanki ludzi nadającej Londynowi jego międzynarodowy, otwarty na inność charakter. Henry, ze swoją niedostępnością i tajemniczością ma przypominać, że w tej mieszance mamy też do czynienia z wyspiarską mentalnością, która już wcale taka otwarta nie jest. Anglia to przecież z jednej strony społeczeństwo klasowe, podzielone, walczące ze swoimi własnymi ograniczeniami.

MG: „Jutro będzie koniec świata” jest także, jeśli nie przede wszystkim, opowieścią o codzienności Polaków na emigracji. Obraz jaki się z niej wyłania nie jest najweselszy: mieszkamy „na kupie”, pracujemy poniżej swoich kwalifikacji, często słabo mówimi po angielsku. Czy w Twoim odczuciu Polacy w Wielkiej Brytani są szczęśliwi?

JP: To prawda, że znajomi Pawła są trochę zagubieni, ale moim zdaniem dają sobie radę jak mogą. Mieszkają na „kupie” ponieważ ten styl życia jest udziałem większości młodych ludzi w Londynie, nie tylko Polaków. Praca poniżej kwalifikacji też zdarza się każdemu, to część realiów życia w wielkim mieście, w którym jakoś trzeba się utrzymać. W powieści nie miałam zamiaru tworzyć pełnego portretu Polaków na emigracji, ponieważ jest to zbyt złożone i niejednorodne zjawisko, chciałam tylko pokazać mały wycinek, tło, w którym żyje Paweł i które ma potęgować jego poczucie wyobcowania. Trudno powiedzieć czy jako Polacy jesteśmy szczęśliwi na emigracji, myślę, że wielu z nas jest, a inni po pewnym czasie stwierdzają, że to nie dla nich.

MG: Czy lepsze pieniądze są Twoim zdaniem dostateczną motywacją by wyjechać zagranicę?

JP: To na pewno świetna motywacja jeżeli chodzi o sezonową pracę ale myślę, że po dłuższym czasie, jeżeli człowiek nie jest zadomowiony w rzeczywistości, w której żyje i nie czuje się w niej dobrze, pieniądze przestają cieszyć.

MG: Po prawie pięciu latach w Wielkiej Brytanii uważam, że istnieją cechy, które predestynują nas do bycia szczęśliwym na emigracji. Mam na myśli otwarość, tolerancję, umiejętność dostosowania i chęć asymilacji. Zgadzasz się z tym?

JP: Jak najbardziej ale umiejętność dostosowania się do innych reguł gry, niż te znane nam dotychczas kształtuje się na drodze licznych wzlotów i upadków, która nierzadko wystawia naszą otwartość i tolerancję na próbę. Ta droga po pewnym czasie staje się jednak nieodłączną częścią indywidualnej historii człowieka, nabieramy sentymentu także do trudnych doświadczeń, które pokazują, że jeszcze dużo musimy się nauczyć i wszystkiego o życiu jednak nie wiemy. Jeżeli chodzi o chęć asymilacji, to jaka by ona nie była, zawsze będziemy kimś z „zewnątrz”, obcokrajowcem. Nie jest to jednak takie złe położenie, bo nie jesteśmy kategoryzowani jak jego rdzenni członkowie, podłóg klas i akcentu, z którym mówimy po angielsku. Jesteśmy kimś innym, nowym, wiele reguł gry danego społeczeństwa jest dla nas niewidzialnych. Myślę, że dzięki takiemu doświadczeniu mamy szansę nauczyć się jak być sobą, jak spojrzeć na siebie indywidualnie, w odłączeniu od takiej czy innej narodowej narracji.

MG: Jakie są Twoje doświadczenia emigracyjne w Wielkiej Brytanii i czy wpłynęły one na to, jak przedstawiasz ten kraj w swojej powieści?

JP: Co prawda na początku trudno było mi zrozumieć jak można serwować frytki z octem ale po pewnym czasie przestałam się już czemukolwiek dziwić. A tak poważnie, w większości to doświadczenia pozytywne. Londyn czasami mnie męczył, ale bardzo polubiłam wyprawy nad morze, spacery po klifach, lokalne wiejskie puby, gdzie w porze lunchu można naprawdę dobrze zjeść. W moim przypadku trudno mówić o prawdziwie emigracyjnych doświadczeniach, wyjechałam, żeby przeżyć przygodę, nie miałam jeszcze wielu zobowiązań. Z jednej strony Londyn kojarzy mi się z beztroską, z drugiej z poszukiwaniem swojego miejsca w życiu i tak też został pokazany w mojej powieści.

Założe się, że macie teraz wielką ochotę przeczytać „Jutro będzie koniec świata” Justyny Posłusznej. Książkę wydało wydawnictwo Media Rodzina i możecie ją znaleźć na stronie wydawnictwa. Dajcie znać, jakie wrażenia po lekturze!

 

 

Zapewne zainteresuje Cię również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *