Jak wydać płytę i spełnić muzyczne marzenie? Rozmowa z Leszkiem Lyczmańskim, autorem „Czterech ścian świata”

Leszek Lyczmański - Cztery ściany świata

Warto spełniać marzenia. Wszyscy chcielibyśmy mieć wystarczająco zapału i determinacji, żeby nam się udało. Dziś poznajcie człowieka, który to osiągnął: zrealizował swoje muzyczne marzenie i wydał płytę z własną muzyką. I pięknymi, inspirującymi tekstami. Zapraszam na rozmowę z Leszkiem Lyczmańskim, autorem płyty „Cztery ściany świata”. I po próbki jego muzyki.  Spodoba się wam.

Ja: Powiedz nam, proszę coś więcej o sobie. Jaką muzykę tworzysz? Co Cię pociąga w tym nurcie? Kto Cię inspiruje?

Leszek Lyczmański: Na okładce Czterech stron świata napisałem o sobie: z wykształcenia i wyboru humanista, z potrzeby serca muzyk. Miłośnik Bydgoszczy – w ostatnim czasie zwolennik jej swobodnego dostępu do morza. To najkrócej jak potrafię. 

Rusza mnie coraz bardziej to co dzieje się i dookoła mnie i w środku, blisko i daleko. Chcę się nauczyć o tym mówić, najlepiej w artystyczny sposób. 

Jakiś czas temu odkryłem, że mam pewną umiejętność wydawania aparatem mowy dźwięków o określonych wysokościach. Zacząłem dokładać do tego poetyckie słowa i okazało się, że wylądowałem w krainie łagodności. W zasadzie nigdzie nie musiałem się wybierać, raczej wróciłem do korzeni. Mam wrażenie, że cały świat obszedłem, by znaleźć miejsce, którym rozsmakowywałem jeszcze jako chłopak z długimi włosami i gitarą. Filozofia  sprzysiężonych wokół górskiego kamienia, zgoda z naturą, potrzeba zatrzymania, to klucze do krainy łagodności. Mamy więc Wolną Grupę Bukowina z Wojtkiem Bellonem na czele. Gdyby dodać do tego refleksję nad przemijalnością, wieczne wędrówki i poszukiwania, wyszłoby, że Stachura i niosący jego teksty zespół Stare Dobre Małżeństwo. Na pewno też Raz Dwa Trzy, który cenię za równie dobre teksty oraz doskonałe wykonawstwo. Dziś z kolei moją największą muzyczną i tekstową inspiracją jest Lao Che.


Co skłoniło Cię do nagrania „Czterech ścian świata”? Czym jest ta płyta dla ciebie? Spełnionym marzeniem? Początkiem nowej ścieżki kariery? 

Oswajam się cały czas ze słowem „kariera”. Chyba dlatego, że rodzi ono u mnie dość negatywne skojarzenia. Gdy tylko je słyszę, automatycznie w moim systemie językowym pojawia się skojarzenie ze słowem „poświęcenie”, np. w imię jakiegoś celu, idei. Przy czym sam cel nie jest z definicji negatywny. Chodzi raczej o to, że gdzieś w poświęcenie wpisany jest koszt. I tego kosztu chyba nie chcę ponosić, bo podskórnie czuję, że tym kosztem może być coś najważniejszego w całym życiu.

Jeśli więc pytasz czy marzy mi się kariera, z pewnością i trochę automatycznie odpowiem, że nie. Ale… w ostatnim czasie poczułem, że jest we mnie coś czym mógłbym podzielić się z innymi. Niekiedy są to słowa piosenki, niekiedy czułe muzyczne frazy, kiedy indziej rozmowa lub wysłuchanie drugiego człowieka czy też zwyczajne pomilczenie. Tak się składa, że stojąc na scenie lub tuż obok niej, mam szansę czasem w zakodowany sposób, a czasem zupełnie wprost wyrazić to wszystko co wyrazić potrafię. Chcę z tego korzystać. Innym tematem jest to czy ja potrafię to wyrazić. W Mojej żonie śpiewam do syna: …Może jemu dam muzykę, której Wam nie umiem dać”. Trochę się od czasu powstania tego tekstu zmieniło, mam nadzieję.

Nagranie płyty stało się moim artystycznym marzeniem już kilka lat temu. Myślałem wtedy, że gdy się spełni, to w zasadzie game over, odhaczone, koniec. Dziś, kiedy mam krążek już w ręku, myślę o tym raczej jako o początku. Mam poczucie, że zbudowałem jakiś fundament, na którym uda się zbudować znacznie więcej. Moim zadaniem teraz jest połączyć kropki i być może wyjdzie z tego jakaś życiowa przygoda. Chciałbym pojeździć z programem po kraju a może i gdzieś dalej i pokazać go tym, którzy będą zainteresowani. 

Trochę uczę się nowego podejścia do muzyki. Dotychczas śpiewałem wszystko co się dało i wszędzie gdzie się dało. Dziś chciałbym podchodzić do niej jako do pasji i z należytym do niej szacunkiem. Nie chcę już grać akordów na akord. Przez lata, występując w pubach, przeżyłem świetne chwile, poznałem cudownych ludzi, wspaniałych muzyków, dzięki którym, nota bene, udało mi się wydać płytę. Czuję jednak, że ta formuła już się trochę wyczerpała. Zamiast tańców na parkiecie chcę obserwować publiczność, która z zaciekawieniem spogląda na to, co jej przekazuję. Chciałbym umieć nawiązać z nią ten rodzaj porozumienia, który pozwala wspólnie przeżywać zawieszone w powietrzu emocje. Chciałbym wreszcie móc też od tej publiczności coś dostać, nauczyć się czegoś, być może nawet o sobie. Trzymaj więc za mnie kciuki. Powysyłałem parę płyt, może ktoś się odezwie i zaprosi tu i ówdzie.


Ciekawi mnie, co oznacza tytuł płyty?

Zdradzając nieco kulisy, powiem,  że tytuł płyty miał być inny i pochodzić miał od tekstu wiersza znanej poetki. Niestety poetka nieoczekiwanie odmówiła zgody na wykorzystanie wiersza i cała koncepcja runęła. Dodam, że cały materiał był już nagrany. Poczułem się jak młody zapalony pilot, który po latach przygotowań do pierwszego lotu siedzi w kabinie z włączonym już silnikiem, podniecony uruchamia procedurę startu i gdy ma nacisnąć ten jeden ostatni przycisk, po którym maszyna rozpędzi się po pasie startowym, nagle, niespodziewanie otrzymuje z wieży kontrolnej komunikat, że dziś nigdzie nie poleci, bo jego licencja nie jest ważna. Trochę mi to podcięło skrzydła, ale wiedziałem też, że nie ma odwrotu i trzeba znaleźć inne rozwiązanie. 

Wtedy – jak to w życiu i tanich serialach bywa – nastąpił nagły zwrot akcji, który w mojej ocenie bardzo pozytywnie wpłynął na losy projektu. Główna słowotwórczyni płyty, Marta Lyczmańska, napisała doskonały tekst – Koralik, który zupełnie zmienił moje spojrzenie na cały nagrany materiał. Dopiero dzięki temu tekstowi zrozumiałem co ja chcę tymi piosenkami przekazać. Cztery ściany świata to codzienne zderzanie się z rzeczywistością, niezrozumienie świata, a może nas samych? Z pewnością zagubienie. Choć w tekście nie ma żadnego pozytywnego sygnału, jest on dla mnie jednak jakimś tam imperatywem, który każe poszukiwać i w jakiś sposób narodzić się na nowo. Jak śpiewał Bellon „Błogo bardzo będę sławić ten dzień, w którym na nowo się narodzę..” Nie będę cytować dalej, bo tam o śmierci wątek się pojawia i ktoś mógłby wysnuć lekkomyślne wnioski.

Sam nie wiem czy właściwym jest dzielenie się wprost tym, co dla mnie oznacza tytuł. Przecież być może tylko dla mnie ma on taki a nie inny ładunek znaczeniowy. Inni mogą obierać go zupełnie inaczej. Mam nawet nadzieję, że dopuszcza się wielość interpretacji. Wtedy płynie jakaś wartość artystyczna. Swoją drogą, bardzo cenię twórczość Kofty i cieszę się, że udało mi się napisać piosenki do jego wierszy.

Co chciałeś przekazać publice, nagrywając tę płytę? 

W hip-hopie każdy nowy na muzycznej scenie artysta ze sto razy wypowiada w piosenkach swoje artystyczne imię. Rzuciło mi się to w oczy już w przy pierwszej płycie Liroya. Podziwiam, ich za to, że tak wprost zaznaczają swoje terytorium. W konwencji muzyki, którą ja tworzę raczej nie ma takich tradycji. Już prędzej definiuje się jakieś kredo, jak choćby w Sielance o domu czy Sprzysiężonych Wolnej Grupy Bukowina. Odpowiadając więc na Twoje pytanie, w mojej pierwszej próbie płytowej chcę chyba powiedzieć  po prostu, że jestem, że jest parę myśli, którymi chcę się podzielić.

Jak się komponuje i przygotowuje materiał na płytę?

Tego właśnie nie wiem, bo akty twórcze związane z tym materiałem w większości dokonały się już wiele lat temu, kiedy nie planowałem przedsięwzięcia pod nazwą płyta. Jeśli coś wiesz na ten temat, to poproszę o wskazówki, bo chciałbym jakąś jeszcze wydać. Podobno są różne metody. Najbardziej przekonuje mnie podejście Stinga, który dostrzegł prostą prawidłowość, że im więcej czasu spędza w studiu z instrumentem w ręku, tym lepsze piosenki udaje mu się napisać. Dla mnie ważny jest tekst, więc zwykle na bazie tekstu komponuję muzykę. Chciałbym jednak otworzyć się na odwrotną sytuację, czyli obudować tekstem napisaną wcześniej melodię. Tu w sumie mówimy o piosenkach, a płyta to nie tylko zbiór piosenek, które akurat mamy pod ręką, ale pewna przemyślana kompozycja, która jako całość wyraża ogólniejszą myśl. I z tego powodu projekt płyta wydaje mi się  być trudnym zadaniem. Nie do końca chodzi o to, żeby zestawić np. dziesięć smutnych utworów, by powiedzieć, że jest się smutnym. Płyta musi mieć na określonym poziomie współczynnik słuchalności, czyli pewnego rodzaju atrakcyjności dla odbiorcy. Gdyby wziąć tylko smutne piosenki, większość odbiorców zatrzymałaby się na track 3 of 10. Jestem za tym, by tak przeplatać utwory, by odbiorca chciał wybrać się z artystą w podróż po różnych nastrojach, barwach i emocjach. Nie wiem jednak czy to właściwe. Są przecież płyty w określonej stylistyce, np. metalu, reggae, gdzie od każdej piosenki oczekuje się, że będzie podobna do następnej. I takie płyty też mają odbiorców. A może tylko mnie się wydaje, że każdy z moich utworów ma inną barwę i stylistykę i tylko ten, kto stoi z boku widzi bliźniacze podobieństwo.

To tak jak z postrzeganiem naszych rodaków. Dopóki jestem w kraju, każdy spotkany człowiek wydaje mi się inny, ale gdy tylko wyjeżdżam zagranicę, od razu widzę polskie geny.

Czy trudno jest wydać płytę w Polsce? Jak wyglądają realia takiego dużego, skomplikowanego projektu?

Dziś wszyscy mogą nagrać płytę – taka przynajmniej jest obiegowa opinia. Rzeczywiście z technicznego punktu widzenia jest znacznie łatwiej niż kiedyś. W zasadzie niewiele trzeba, jeśli stawiamy na elektroniczne brzmienie. Nieco więcej zachodu wymaga, by zrealizować projekt oparty w stu procentach o żywe instrumenty i grających na nich żywych ludziach. Ale to w sumie techniczne aspekty. Jeśli chodzi o samo wydanie, to najtrudniej jest pewnie znaleźć kogoś kto uwierzy w wizję całości i zaryzykuje trochę swoich pieniędzy, czasu, energii. Jeszcze trudniej znaleźć kogoś takiego, gdy chce się zrealizować płytę z muzyką niekomercyjną. I tu na biały rumaku pojawia się instytucja kultury, która dysponuje bardzo przyzwoitym studiem nagrań i sensownymi ludźmi, którzy naprawdę znają się na swojej robocie. Przyznam, że niemal rok pracowałem nad tym, by zwrócić uwagę Miejskiego Centrum Kultury w Bydgoszczy. Najpierw nagrałem demo z piosenką Moja żona, potem zrobiłem do niej klip. Wtedy zrozumiałem, że nawet muzykę trzeba prezentować przy pomocy obrazu. No cóż, takie czasy. 

Ale udało się, płyta jest, pozostaje jednak potężna praca związana z jej promocją i dystrybucją. Jak się domyślasz muzyki, którą prezentuję nie da się kupić w empiku czy innych sklepach z płytami. Tu raczej w grę wchodzą prywatne kanały, na pewno media społecznościowe, lokalne rozgłośnie radiowe, inne niszowe media, jak portale. Niezwykle ważne jest koncertowanie i budowanie relacji z publicznością.

Ale też trzeba jasno powiedzieć, moim celem nie jest robienie wokół siebie zamieszania i zdobywanie rozgłosu. Chcę po prostu istnieć jakoś w pięknym świecie muzyki, w którym czasem swoją piosenką kogoś rozbawię, czasem głęboko wzruszę a kiedy indziej jeszcze wywołam w kimś refleksję. Ot taka prosta funkcja muzyki.

Leszek Lyczmański podczas koncertu
I co dalej? Myślisz, że jesteś gotów na karierę na polskim rynku muzycznym, jeśli zaistnieje taka możliwość?

I znów ta kariera…

Na pewno jestem gotów, by bez kompleksów występować i prezentować swoją twórczość. Jeśli znajdą się odbiorcy, będę dla nich obecny. Mam wrażenie, że wiele się ostatnio nauczyłem: jak tworzyć i aranżować piosenki, jak ułożyć koncert, jak nienachalnie wzbudzać zainteresowanie, pozostając jednocześnie w zgodzie ze sobą. Wiem też jakie są ramy w których się poruszam i wiem, że mogę je w każdej chwili przekroczyć. Wydaje mi się, że to dobry początek, który przy pewnej konsekwencji, pracowitości i odrobinie szczęścia może przynieść dobry rezultat. 

Polski rynek muzyczny brzmi jakoś tak komercyjnie i popowo, a ja chcę po prostu robić swoje, nie patrząc na mody i oczekiwania. Będzie dla mnie sukcesem, jeśli stanę się rozpoznawalny w kręgu piosenki autorskiej, poetyckiej czy jak ją tam jeszcze nazwać. Ruszam więc powoli na podbój mojej krainy łagodności.

Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę Ci samych sukcesów w realizacji marzeń. Nie tylko tych muzycznych.

Fajny człowiek, nie? Zajrzyjcie koniecznie na Leszka You Tube po więcej pięknych piosenek. A jeśli chcecie kupić płytę, tutaj możecie skontaktować się z autorem.

Zapewne zainteresuje Cię również

1 comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *