Mój life-work balance. O sztuce równowagi, która daje szczęście

Mój life-work balance

W lutym  przepracowałam 25 zmian w pracy, mimo, że miesiąc miał tylko 28 dni. Przesadziłam w nadgodzinami i poczułam to na wielu poziomach: jestem fizycznie zmęczona, łatwo tracę cierpliwość, kłócę się z M., tęsknię za córką i nie mogę się nadziwić, jak bardzo się zmieniła. Ewidentne zachwianie mojego life-work balance skłoniło mnie do wielu przemyśleń i właśnie jest czas, żeby się nimi z Wami podzielić.

Od kiedy przeprowadziłam się zagranicę moje życie się zmieniło. Ostatnie cztery lata były rewelacyjnym czasem dla  zachowania idealnej równowagi między pracą zarobkową a moim życiem prywatnym. Mieszkam w Szkocji, gdzie powszechny jest status taki jak mój: sytuacja materialna pozwala mi nie martwić się, za co przeżyję, tylko skupić na przyjemnościach w życiu i na tym, co mnie rozwija i pozwoli osiągnąć sukces w perspektywie długoterminowej.  Za ten właśnie stan rzeczy uwielbiam moją emigracyjną rzeczywistość.

O innych jej aspektach możesz przeczytać we wpisach z Serii Emigracyjnej:

8 aspektów do rozważenia, gdy myślisz o emigracji

Realia życia w Edynburgu – studia, praca, ceny

Zalety życia na emigracji w Szkocji

Minusy życia na emigracji w Szkocji

 

Ten okropny stan, gdy wszystko jest nie tak

I nagle, z mojej własnej winy sytuacja się zaburzyła. Przepracowałam ostatnio milion pięćset godzin i choć sowita wypłata jest doskonałą motywacją do kontynuowania tej złotej passy, poczułam, że coś jest nie tak jak być powinno, a ja nie czuję się w tej sytuacji komfortowo. I co równie ważne, dostrzegłam sygnały, że to nie pasuje także moim najbliższym.

Najpierw posypało się zdrowie: chodziłam przeziębiona przez 2 tygodnie i nie mogłam pozbyć się kaszlu, ostatnio także cierpię na dość uproczywe bóle głowy. Przypominam Wam, że wciąż jestem na diecie, opowiadałam o tym we wpisie Jak schudłam 5 kg w 4 tygodnie. To był wyraźny sygnał, że coś jest nie tak i że powinnam zwolnić, ale ponieważ już nabrałam dodatkowych zmian i godzin, nie mogłam się wycofać.

Później zaczęło psuć się między mną i M. Nic wielkiego się nie wydarzyło, ale zaczęliśmy się kłócić o pierdoły i nie bardzo mieliśmy kiedy i o czym pogadać, bo oboje za dużo czasu spędziliśmy w pracy. Zaczął mi doskwierać brak intymności i bliskości, które to obszary normalnie są dla nas bardzo ważne.

Na koniec dobiła mnie tęsknota za córką. Jasne, widziałam ją po lub przed pracą i spędzałyśmy razem każdą wolną chwilę, ale tych chwil było tak mało, a ja byłam tak zmęczona, że nasza cudowna i niesamowicie istotna dla mnie relacja zaczęła się rozluźniać. Wszystko to razem skłoniło mnie do stwierdzenia, że przesadziłam i muszę zacząć działać, żeby to odkręcić i wrócić do poprzedniego stanu równowagi.

Mój life-work balance
Czym jest life-work balance

Life-work balance jest, czy raczej powinien być stanem idealnej równowagi, którą osiąga się poprzez zrównoważenie czasu i energii poświęcanej pracy, przez czas i energię, które nam zostają, by żyć, takim życiem, jakim chcemy.

Tyle teorii. W praktyce często któraś ze stron jest zdecydowanie bardziej czaso i energochłonna i poświęcamy się  albo pracy, albo rodzinie czy swojemu życiu prywatnemu, zaniedbując w ten sposób ten drugi obszar. Dzieje się to podstępnie i dużo czasu mija zanim zorientujemy się, że czegoś nam  w życiu brakuje, że czujemy się wypaleni i sfrustrowani, że najogólniej mówiąc: coś jest nie tak. Widzimy, że nasze relacje się sypią, dzieci nas nie słuchają, szef dzwoni w weekendy i wieczorami, a my gonimy od świtu do zmierzchu, żeby zadowolić ludzi wokół nas. Nie tędy droga i przekonałam się o tym dość boleśnie.

Mój life-work balance

W przeszłości przeżyłam już brak life-work balance w obie strony: bywało, że prawie nie miałam życia prywatnego, a cały mój świat to była ówczesna moja praca. Było też tak, że pracy nie miałam i czułam się przez to zupełnie bezwartościowa i nie wierzyłam, że coś dobrego mi się jeszcze w tym obszarze przydarzy, mogłam natomiast zawsze umówić się na kawę z przyjaciółką, ugotować mężowi obiad czy spędzić przedpołudnie z Mamą.

Umiłowanie świętego spokoju

Co ciekawe, w żadnym z tych scenariuszy, które napisało dla mnie życie, nie byłam szczęśliwa. Po prostu.

Osiągnęłam ten stan dopiero, gdy udało mi się wyeliminować stres i inne nieprzyjemne obciążenia związane z pracą i zbalansować moją drogę zawodową  z satysfakcjonującym życiem prywatnym.

Jak to zrobiłam? Zastanowiłam się, co tak naprawdę chcę w życiu robić. W czym jestem dobra, co mi przychodzi naturalnie. Odważyłam się na zmianę zawodu i znalazłam pracę, która daje mi poczucie, że to, co robię ma sens i że zmieniam czyjeś życie na lepsze. Serio, nie ma lepszego uczucia, niż to, że robisz coś dobrego, a ludzie mają dzięki Tobie lepszy dzień.

Kilka lat temu wspólnie z M. przemyślałam i przedyskutowałam długofalową strategię „na życie”. Mamy bardzo konkretny plan na najbliższe 20 lat i zdecydowana większość działań jakie podejmujemy, wynika z celów, jakie sobie obraliśmy. To daje poczucie sensu, nawet jeśli jest nam ciężko, albo któryś z obszarów, tak jak obecnie, wymaga większych nakładów sił i czasu, a drugi bywa zaniedbywany.

Mój life-work balance

Nie zamierzam jednak pozwolić ani sobie, ani M., by nasze życie prywatne i zdrowie czy szczęście naszego dziecka, cierpiało przez chęć/konieczność zarabiania pieniędzy czy robienia kariery.

Główną i najważniejszą wartością jest bowiem dla nas święty spokój. Poczucie, że jest tak, jak powinno być, a żadne większe zmartwienia nie zakłócają tego stanu. To wokół tej wartości zbudowaliśmy nasze życie i jej ono uświęca.

Przez niemal 15 lat wspólnego życia przekonaliśmy się, że tylko gdy mamy ten spokój, jesteśmy szczęśliwi. Jeśli przepracowanie ma nam go odebrać, to żadna ilość zarobionych pieniędzy nie jest tego warta. Serio. Uważamy, że pieniądze są ważne, bo dają nam ten spokój, który jest esencją w naszym życiu. Jeżeli miałyby powodować, że któreś z nas czuje się nieszczęśliwe, my nie możemy się dogadać, a nasza córka cierpi, bo nas nie widuje, nie są warte swojej ceny i wysiłku włożonego w ich zarobienie. To właśnie jest dla mnie life-work balance. I właśnie dlatego biorę urlop i odpoczywam z rodziną i przyjaciółmi, którzy odwiedzają nas na początku marca. I zdecydowałam nie pracować więcej przez 6 dni w tygodniu. A najbliższe trzy niedziele zamierzam spędzić poza miastem, albo chociaż na długich spacerach nad morzem. Bo wierzę w life-work balance. I wiem, że tylko z nim jestem szczęśliwa.

A jak jest u Was? Osiągnęliście ten przyjemny stan równowagi? Zdarza się Wam go zaburzyć? Co wtedy robicie? Jestem bardzo ciekawa, jak to wygląda w Waszym przypadku. Życzę równowagi i pozdrawiam Was serdecznie. Do następnego!

 

Zapewne zainteresuje Cię również

3 komentarze

  1. U mnie niestety nadal jest dużo do zrobienia w tym obszarze – mam wymagającą pracę, do której dodatkowo dojeżdżam dość długo więc zostaje mi na życie mniej czasu niż bym chciała. Trochę jestem w takim momencie, że nie bardzo wiem, jak sobie z tym poradzić. Fajnie było jednak przeczytać o Twoich doświadczeniach – napisałaś bardzo mądry, pokrzepiający i skłaniający do przemyśleń post.

    1. Dziękuję, Marta 🙂 Mam nadzieję, że sobie wkrótce poukładasz tę kwestię, bo wiem z doświadczenia, jak bardzo drenuje, gdy praca zabiera za wiele naszego czasu i energii. Powodzenia. PS. Idę zajrzeć do Ciebie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *