Róbmy swoje…

Róbmy swoje!

Stworzyłam tego bloga i utrzymywałam go przy życiu, żeby pisać o sprawach dla mnie ważnych. Czy fakt, że ostatnio nic nie piszę, wskazuje na to, że nic ważnego się nie dzieje? Nie mam dla was wartościowych przemyśleń i złotych rad? Możliwe 🙂 W moim życiu zagościła ostatnio proza codzienności, rutyna i najprawdziwsza w świecie ciężka praca. Skupiłam się na pracy zawodowej, bo ona przynosi mi więcej satysfakcji i pieniędzy. I dużo ode mnie wymaga. Czasu, energii, kreatywności, poświęcenia, cierpliwości, zorganizowania. Zaangażowania. I długo myślałam, jak to połączyć z blogowaniem…

Pewnie da się ciągnąć mnóstwo srok za ogon i odnaleźć się w pracy po awansie, szkolić i rozwijać, wychowywać niezależną z natury dwulatkę, ćwiczyć i stosować dietę i odnosić sukcesy w blogowaniu. Ale nawet, gdy o tym piszę, wydaje mi się, że to za dużo na raz. Nie chcę by moja córka, albo moja praca cierpiała, bo mam bloga.  Z drugiej strony, nie chcę przestać blogować, bo to moja pasja i sprawia mi satysfakcję. Ale trudno jest mi znaleźć chwilkę, by coś sensownego dla was napisać. Albo nie mam energii i idę się kulać z młodą po dywanie albo spać.

Nie chcę też pokazywać wam za dużo z mojej codzienności, wrzucać do sieci relacji z naszego życia. Owszem czasem coś, ale żeby wciąż, to nie. Nie chcę sprzedawać naszej prywatności za cenę popularności. Nie krytykuję ludzi, którzy tak robią. Sama też próbowałam i karmiłam InstaStories głupotkami, livowałam na fb i próbowałam się dostosować do trendów… Ale przestałam. I wiem, że tylko pisząc i publikując, nie mam szansy, by przebić się do blogowego mainstremu. Bo nie tak się staje popularnym blogerem…

Róbmy swoje!

Trudno. To cena za moje wybory. Nie marudzę, nie narzekam, kocham moje życie do granic jestestwa. Trochę mi szkoda, że w mojej obecnej sytuacji nie mogę pisać dla was tak często, jakbym chciała  i zdecydowanie nie piszę tak dobrze, jak bym mogła…

Jednak wiem, że kocham pisać i tylko dlatego, po długiej nieobecności ten wpis powstaje. Nie mam wam za dużo do powiedzenia, można by to zmieścić w jednym, dobrze wszystkim znanym sloganie ściągniętym od Młynarskiego: „Róbmy swoje”. I ponieważ „trzeba czegoś trzymać się”, postanowiłam nie zawracać sobie głowy  ani trendami ani oczekiwaniami. Robić swoje. Po swojemu.  Bo kocham pisać i choćbym miała tylko jedną wierną czytelniczkę (Magda <3) , jedną osobę, która chce mnie czytać, uważam, że warto. Choćby wszystkie fejsbuki i instagramy obcięły mi zasięgi, będę pisać. Ale nie mam ochoty na promocję. Najmniejszej. Na prowadzenie fanpage’a, organizowanie grup, pokazywanie, jak sobie dobrze radzę i jaka jestem kreatywna i ogarnięta. Jestem. Ja to wiem i moi bliscy to wiedzą. Nie urodziłam się, żeby próbować zadowolić wszystkich innych…

Ten spis nie ma puenty. Może poza taką, żeby się nie poddawać i robić swoje po swojemu. Realizować pasje dla siebie. Bez lansu. Nie dla popularności. Być bardziej dla bliskich, a mniej dla obcych. A najbardziej być dla siebie.

 

Zapewne zainteresuje Cię również

3 komentarze

  1. Oj jak mi czytasz w myślach! Też mam ostatnio takie przemyślenia i wrażenie, że aby przebić się do mainstremu trzeba przez 24 godziny na dobę być online na fp i na instastories, pokazywac jak idziesz w butach przez deszcz, kupujesz pampersy w rosmanie i mieszać łyżeczką herbatę. MASAKRA! Też wychodzę z założenia, że blogowanie to głównie hobby i pasja, motywacja do bycia lepszym dla samego siebie, bo masz miejsce gdzie do kupy zbierasz swojego myśli, w moim przypadku są też coraz lepsze zdjęcia. Gratuluję podejścia do tematu!

  2. Zadziwiające, jakie wszyscy mamy parcie na fejm 🙂 I ja łatwo dać się wkręcić w tę spiralę. Ale fajnie, że nie jestem osamotniona w takim myśleniu. Muszę koniecznie do Ciebie zajrzeć, Sandra 🙂

  3. Mario, nie ukrywam, że zasmuca mnie ta wiadomość – mam nadzieję, że nie porzucasz bloga na 100%, a od czasu do czasu będzie się coś pojawiać 🙂 Dzięki za wymienienie, ja naprawdę codziennie odpalam Twojego bloga z nadzieją, że coś mądrego przeczytam do kawy w pracy 😀
    Ale z drugiej strony bardzo dobrze Cię rozumiem. Ja sama nie mam za dużo czasu, chociaż nie mam dziecka, nie miałabym nawet teraz czasu być aktywną blogerką :O
    Na szczęście ja mam taki komfort, że już niedługo będę mogła Cię zaciągnąć na kawkę, więc rozłąka z blogiem nie będzie aż tak dramatyczna 🙂
    Pozdrawiam :* i rób swoje, bo pewnie robisz to świetnie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *